„Wszystko, co kocham”: za mało buntu
Nie przekonał mnie film Jacka Borcucha „Wszystko, co kocham” jako opowieść o polskiej młodzieży z początku lat 80. Nie przekonał mnie z prostej przyczyny, gdyż pamiętam tamte lata. W filmie za dużo jest podniecającego wiatru od morza, a za mało smrodu tanich papierosów i gazów łzawiących.

Borcuchowi wyszło bardziej coś w rodzaju love story o młodych niż pełen krzyku i gniewu portret punkowców z lat 80. A zapewniam, że młodzi ludzie, ci aktywni i którzy zakładali zespoły, byli rozpolitykowani i zbuntowani. I to często za cenę przesłuchań przez SB i groźby wyrzucenia ze szkoły. Wystarczy zacytować pierwszy z brzegu tekst kultowej grupy WC z Miastka, śpiewany zresztą przez filmowy band, by się o tym przekonać: „Dyskoteka, kurwoteka. Syf, syf! Pozabijać ich! Nasza przednia straż. Syf, syf! Pozabijać ich! Ideały twe – pozabijaj je! Czas, już czas. Pozabijać was”.
Pokolenie, które wchodziło w dorosłość pod koniec lat 70., podczas Solidarności i stanu wojennego, musiało być radykalne i rozgorączkowane (oczywiście tylko mniejszość manifestowała jawnie swoją postawę). I ten radykalizm niektórym nie wywietrzał z głów do dziś. Wystarczy wymienić przedstawicieli tzw. antysalonu, czyli ideowych adwersarzy Michnika.
W filmie Borcucha za mało jest dramatyzmu. Reżyserowi udał się jedynie punkt kulminacyjny, gdy młodzi punkowcy wykonują publicznie nieocenzurowane piosenki (w tamtym okresie wszystko było poddawane cenzurze, nawet nazwy zespołów). Zabrakło też przykładu niepokojów, jakie trawiły ówczesną młodzież. Dzisiejszy widz nie dowiaduje się, że wielu zbuntowanych trafiało wówczas do aresztu, prawdziwą zmorą ówczesnej młodzieży płci męskiej było widmo służby wojskowej. Nie dowiaduje się też, że milicja rozbijała koncerty, a podczas koncertów często wybuchały chałupniczej roboty wzmacniacze nazywane „piecami”.
Lista pytań bez odpowiedzi jest zresztą o wiele dłuższa. Jakich słuchano wówczas płyt? Może „Combat Rock” The Clash? Co czytano? „Obłęd” Krzysztonia czy wiersze Stachury? Jakie palono papierosy? Salonowe carmeny czy robotnicze popularne?
Odpowiedzi na powyższe pytania określiłyby pokolenie, do którego należały takie sławy, jak zespoły Siekiera, KSU, WC, Dezerter, TZN Xenna, oraz Grzegorz Ciechowski, Maleńczuk, Brylewski, Jaryczewski i wielu, wielu innych.

30 styczeń 2010 (Sobota), godz. 0:30
I znowu próba narzucenia obrazu rzeczywistości a la IPN. Reżyser na szczęście ma (jeszcze?!)prawo pokazać swój punkt widzenia, a nie trzymać się na siłę obecnej politycznej poprawności… Sam też, jak wielu, zaczynałem słuchać i grać punk rocka w latach 80-tych, pamiętam też atmosferę buntu, nie przeciw Komunie, ale ogólnie przeciw całemu “syfiastemu”, zepsutemu światu dorosłych i całej polityce (oczywiście także tej w wydaniu PZPR). W połowie lat 80-tych listy napchane anarchistycznymi zine`ami i ulotkami wszelkiej maści nie były już trzepane przez “bezpiekę” (setki ich dostawałem i wysyłałem, bo wydawałem zine i grałem w kapeli,)a milicja oprócz “dobrych rad” (usuń te ćwieki” itp.) potrafiła np. doradzić, które miejsca omijać, żeby nie trafić na bandę nazioli. Rzeczywistość nie była więc jedynie taka czarno – biała, jak obraz w telewizorze Neptun i jak się ją teraz grzecznie przedstawia – musztarda, ocet, tajniacy i gaz na ulicach. To było, ale…bez przesady z proporcjami. Te hurtowo wybuchające wzmacniacze (Eltrony czy Vermony?) rozbawiły mnie do reszty, bajki z mchu i paproci pan krytyk wypisuje, he,he. Wzmacniacz, do którego mojemu kumplowi wylało się piwo, potrafił jedynie zadymić i “wywalił” bezpiecznik. Własnej roboty, to na ogół tylko przestery do gitar bywały. Majstrowane wzmacniacze i gitary podłączane do gramofonów to już zdecydowanie początek lat 60-tych. A co słuchano? Chociażby punkowych kapel, których płyty w całości puszczało “państwowe radio” – np. kultowy “Cały ten rock” M. Wiernika” w “Trójce” – Exploited, G.B.H, Youth Brigade i wiele innych, których nigdy nie usłyszy się w obecnych wolnych, ale obleśnie komercyjnych mediach. Kończąc dodam, że z własnego doświadczenia zdecydowanie bliżej mi do bohaterów tego filmu, niż hołubionych teraz łzawych, patetycznych bojowników, zatrutych octem, musztardą i smalcem, bitych przez ZOMO w momencie czytania patriotycznej poezji podziemnej. W dzisiejszych czasach za takie poglądy mogę jedynie zasłużyć na potępienie i miano komunisty lub lewaka, ale z szacunku do siebie i starych kumpli – załogantów, z których część już niestety odeszła, napisałem te parę zdań. I ulżyło mi. Pozdrowienia i szacunek dla nadal istniejącej kapeli WC, której kawałki wykonywała w filmie grupa WCK.
30 styczeń 2010 (Sobota), godz. 14:24
Szanowny Dzidku, nikt nie zamierza Cię wysyłać za tych kilka zdań na stos. Jeśli zaś chodzi o polityczną poprawność, to jej strażnikami jest kto inny, a nie IPN.
Film Borcucha jest ładny, kolorowy, ckliwy, beztroski. Po jego obejrzeniu od razu chciałoby się wsiąść do pociągu i pojechać nad Bałtyk. Problem w tym, że miejscami jest po prostu nieprawdziwy, bo nie oddaje psychologii pokolenia dojrzewającego na przełomie lat 70. i 80. A odczuwało ono autentyczny gniew i wściekłość.
Nie jestem człowiekiem ze styropianu, co nie oznacza, że muszę negować czyjekolwiek doświadczenie, czy Twoje, czy osób, jak ich określasz lekceważąco, pałowanych „w momencie czytania patriotycznej poezji podziemnej”. Form protestu było tyle, ilu ludzi. A czy ci od „poezji podziemnej” są dziś hołubieni? Wolne żarty. Dziś hołubieni są tylko popidole.
Gdyby Polska początku lat 80. była taka kolorowa, jak w filmie Borcucha, to punki nie wyśpiewywały swoich ostrych tekstów, a Kaczmarski nie miałby prawa napisać piosenki „Co się stało z naszą klasą?”
31 styczeń 2010 (Niedziela), godz. 13:53
Aż trudno mi wyrazić, jak bardzo nie zgadzam się z autorem powyższej recenzji. Jak to dobrze, że nie wszyscy młodzi ludzie “byli rozpolitykowani i zbuntowani”, wszyscy tak samo i równiutko jak w piosence Republiki “Znak =”, że jednak niektórzy byli naiwni i ważne były dla nich też proste rzeczy typu pierwsze uczucie. Jak dobrze, że lista pytań bez odpowiedzi pozostała tak długa, a zakończenie urwane. Jak to dobrze, że nie powstał film dokumentalny o Wybrzeżu, ale film będący wycinkiem z życia kilku młodych ludzi żyjących w PRL. Jak dobrze, że ten film nie był ani taki dosłowny, ani taki pełny, ani taki kombatancko-patetyczny. Kolejnego “Człowieka z żelaza” chyba bym nie zniósł.